facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Wehikuł czasu

Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia o wspomnienia, które nigdy nie zatrą mu się w pamięci, pewnie wymieniłby coś z okresu dzieciństwa, kiedy wszystko odczuwało się intensywniej. A gdyby to samo pytanie zadać innym osobom w jego wieku, ich odpowiedzi okazałyby się zbieżne. Każde pokolenie charakteryzują bowiem unikalne symbole. Czym były one w czasach PRL-u?

Kto z nas nie pamięta szału na kolekcjonowanie karteczek? Budowania sekretnego życia w The Sims i usuwania drabinek przy basenie? Albo pierwszych komórek, na ekranie których wyskakiwała odpowiednia litera dopiero, gdy kilkakrotnie wcisnęliśmy dany klawisz?

Większość, o ile nie wszyscy. Nieważne, gdzie mieszkaliśmy, czym się interesowaliśmy, jakiej jesteśmy płci – miłe uczucie spowodowane powrotem myślami do dawnych lat ogarnia nas w równym stopniu. W okresie wielkiej niepewności i niedostatku brakowało dobrodziejstw. A jednak to, co można było dostać, zapisało się nie tylko w pamięci, ale też historii.

Gdy skwar dokuczał…
Wakacje – zimne wody Bałtyku i tłumy na plaży, nad którą wisiało pełne słońce. W takie dni orzeźwienie przynosiła woda sodowa z saturatorów, lody Bambino, a od lat 70 XX w. polski odpowiednik Coca-Coli – Polo Cockta.
Wodę sodową mógł kupić każdy bez względu na grubość portfela. Jeśli ktoś nie żałował grosza, to i zażyczył sobie do niej syrop owocowy. Najpierw jednak trzeba było odstać swoje w kolejce, bo napój ten zyskiwał na popularności dzięki cenie i powszechnej dostępności – wozy z przenośnymi urządzeniami do nasycania wody gazem stały niemal na każdej ulicy. Wystarczyło podłączyć butle do miejskich wodociągów, zaopatrzyć się w szklankę i już można było zbijać interes. Przez wielokrotne używanie jednego naczynia, które pracownik saturatora tylko opłukiwał po klientach, oferowana woda nie była specjalnie zdrowa, dlatego też dorobiła się nazwy „gruźliczanka”.
Era saturatorów odeszła w niepamięć, a ich miejsce zajęła Polo Cockta. Gdy na Zachodzie do śniadania, obiadu i kolacji wypijano Coca-Colę, w Polsce ruszyła produkcja jej komunistycznego odpowiednika. Cóż, propaganda miała się w najlepsze. Po dziś dzień pamiętam wycieczkę do Muzeum PRL-u, w którym wisiał plakat z napisem: „Wróg cię kusi Coca-Colą”… Szkoda jedynie, że Polo Cockta w niczym nie przypominała oryginału. Przede wszystkim brakowało jej bąbelków, bo polskie normy zakazywały wpuszczania większej ilości dwutlenku węgla do napojów. Pewnie szybko zostałaby zepchnięta z rynku, gdyby władze nie ograniczały ilości produktów amerykańskiego giganta na naszych półkach.
Kiedy doskwierał nie tylko skwar, ale i głód, sięgano po lody Bambino. Pochodziły od wielu producentów, dlatego różniły się opakowaniami i recepturą. Tak jak w przypadku fasolek z serii o Harrym Potterze, można było trafić na różne smaki – od zamrożonej wody, po zbitą margarynę. Łączył je natomiast charakterystyczny kształt kostki na patyku. Rarytas stanowiły lody owocowe, najczęściej sprzedawano śmietankowe czy kawowe. Rytuałem stał się sposób ich zjadania – najpierw należało obgryźć polewę czekoladową (a raczej: czekoladopodobną), a dopiero potem zlizywać lód.

Gdy pojawiała się ochota na słodycze…
…to nie było łatwo. O prawdziwej czekoladzie śnił każdy, ale nie każdy miał okazję jej spróbować choćby raz w życiu. Oryginalny składnik używany do produkcji czekolady, czyli tłuszcz z kakaowca, był nie do zdobycia w tamtych czasach. Producenci słodyczy musieli zatem zadowolić się proszkiem kakaowym, którego używali w zasadzie tylko do nadania tabliczce koloru. Resztę stanowiły oleje roślinne, przez co wyrób czekoladopodobny smakował jak masło. Nie przeszkadzało to jednak w jego spożywaniu, w końcu lepsza namiastka czekolady niż nic.
Dzieciom większą frajdę sprawiała guma Donald. Ta kostka z rowkami miała różne odcienie oraz intensywny owocowy posmak. Służyła także do zabawy – robiono z niej balony, na odwrocie sreberka śledzono historyjki o Kaczorze Donaldzie, Myszce Miki i Psie Pluto, które niedługo potem oficjalnie zaczęły posługiwać jako towar do wymian na podwórkach blokowisk. A że gumę można było kupić jedynie w ekskluzywnych sklepach, Pewexach, osiedlem rządził posiadacz ich największej kolekcji. W przeciągu wielu lat produkcji gumy powstało ponad sto mini-komiksów z postaciami Disneya. Do dziś wspominana jest z pewną nostalgią, a jej kolekcjonerzy pozyskują ostatnie sztuki za niebagatelne kwoty.

Wspominając przeszłość, warto zastanowić się nad teraźniejszością i wybiec trochę w przyszłość – czy współczesne dzieciaki będą mogły kiedyś usiąść, zatopić się w refleksji nad minionymi latami, poczuć to, co my i starsze pokolenia? Czy w czasach, którymi zawładnął konsumpcjonizm, jest jeszcze miejsce na szacunek do posiadanych przedmiotów, na budowanie wokół nich sentymentów? I co stanie się symbolami obecnego pokolenia?

Źródło:
M. Nogaj, B. Maciejewska, E. Wilczyńska, R. Zieliński, T. Szuchta, M. Grocholski Życie codzienne w PRL (wroclaw.wyborcza.pl/multimedia/zycie-w-prl/symbole-prl).


Tekst: Katarzyna Smutek

Post dodany: 12 czerwca, 2019

Tagi dla tego posta:

Katarzyna Smutek   PRL   symbole   wakacje  

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno