facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Umarł autor, niech żyje czytelnik

Pomyśl o powieści, która szczególnie cię poruszyła. Ile razy nie mogłeś pogodzić się z losami jej bohaterów, urywanymi wątkami, niedopowiedzeniami? Ile razy mówiłeś: ja bym napisał inaczej? A teraz pomyśl – co by było, gdybyś to faktycznie ty decydował o fabule?

Wolność od tyranii linii − oto hasło literackiego hipertekstu. Roland Barthes w eseju Śmierć Autora podkreślał bezsilność czytelnika wędrującego tam, gdzie go pisarz zaprowadził, widzącego tylko to, na co pisarz pozwolił. Wraz z rodzącym się postmodernizmem zrzucono z piedestału artystę. Jego miejsce zajął odbiorca dzieła, który przestał być podmiotem pasywnym, a stał się współtwórcą. Od tamtej pory to on kształtował powieść na swój własny sposób, dokonując wyborów między alternatywnymi wersjami fabuły.Wreszcie ziścił się sen o władzy czytelnika nad książką – najpierw dzięki protohipertekstom, a potem, kiedy pojawiły się pierwsze komputery, dzięki hiperfikcji.

Czym więc jest literacki hipertekst, ten dziwny twór, który grzebie pisarza, by narodził się czytelnik?

Rozwidlające się ścieżki
Na określenie hipertekstu używa się wielu metafor – począwszy od labiryntu, koła, rozgwieżdżonego nieba, a skończywszy na odbiciu lustrzanym. Jednak jego koncepcję najprościej wytłumaczyć, posługując się następującym przykładem: Wyobraź sobie, że stoisz pośrodku lasu, a wokół ciebie rozgałęziają się ścieżki. Nie wiesz, gdzie się kończą. Nie wiesz, dokąd prowadzą. Nie wiesz, co zobaczysz po drodze, jeśli którąś wybierzesz. Ale podejmujesz decyzję, wchodzisz na jedną z nich. Potem ta ścieżka rozdziela się na dwie kolejne, znowu na kolejne i na kolejne… Cały czas musisz się trzymać tylko jednej.
Wreszcie docierasz do kresu drogi i widzisz rezultat swojej wędrówki. Gdybyś wybierał inaczej, czy ujrzałbyś to samo?
Nie.
Na tym polega hiperfikcja. Umieszczona w programie komputerowym fabuła rozbita jest na fragmenty (nasze ścieżki) zwane leksjami lub węzłami, które na wiele sposobów łączą się ze sobą odsyłaczami. Po kliknięciu w odpowiedni link (wybór drogi) pojawia się następna leksja i lektura postępuje, a ty manewrujesz między odsyłaczami tak długo, aż opowieść się skończy (kres wędrówki). W ten sposób to ty decydujesz, o czym chcesz przeczytać dalej i jakie będzie zakończenie.

Brzmi abstrakcyjnie? Posłużmy się pewną historią. Przypuśćmy, że masz przed sobą opowiadanie, w którym bohater może zginąć w wypadku samochodowym albo spotkać miłość swojego życia. Początkowa leksja brzmi: „Wieczorem Rafał organizował przyjęcie z okazji urodzin, o czym Piotrek zapomniał przez nadmiar obowiązków w pracy. Żeby nie zawieść przyjaciela, jeszcze tego samego dnia wybrał się po prezent do galerii. Kiedy wychodził z pakunkiem, przypomniał sobie o butelce wina, którą wypadałoby ze sobą przynieść, i zawahał się, czy wrócić do sklepu. Bał się, że nie zdąży na czas, a w dodatku zamówił już taksówkę…”. Podkreślone zdania stanowią odsyłacze. W zależności od tego, na który link się zdecydujesz, los Piotrka potoczy się zgoła inaczej. Jeśli dokupi nieszczęsne wino, w drzwiach sklepu zderzy się ze swoją przyszłą wybranką. Jeśli wsiądzie do taksówki – zginie.

Powyższa próbka jest oczywiście uproszczeniem. W rzeczywistości hiperfikcja oferuje znacznie więcej możliwości, choćby z jednego węzła może wychodzić kilkanaście odnóg, a odsyłaczem jest nie tylko zdanie, lecz także słowo czy grafika. Ponadto program dba o komfort czytania, blokując leksje, które już widzieliśmy lub które wydałyby się niezrozumiałe bez zapoznania się z poprzedzającym je fragmentem.

Pewnego popołudnia…
Pierwszą powieść hipertekstową stworzył w 1987 roku Michael Joyce, a była nią afternoon, a story. Wydany na dyskietce utwór składał się z 500 węzłów i ponad 800 linków, mimo że w formie papierowej nie zająłby więcej niż 100 stron. Podczas pracy nad nowym dziełem Joyce spostrzegł, że fragmenty rękopisu da się dowolnie przetasować bez naruszenia toku historii. Swoje odkrycie skonsultował z Jayem Davidem Bolterem, naukowcem i badaczem nowych mediów, który zaprowadził go do Johna Smitha, informatyka. Szalony pomysł przekształcił się we współpracę, a współpraca w program do tworzenia hiperfikcji, czyli Storyspace. Wtedy była to już tylko kwestia czasu, zanim powstało afternoon, a story, a po nim inne hiperteksty: Victory Garden Stuarta Moulthropa czy Patchwork girl Shelley Jackson, zaliczane do klasyki hipertekstowej.

Co ciekawe, hiperfikcja nie jest pojęciem nowatorskim. Już w XVIII wieku odnotowano przypadek nielinearnego, fragmentarycznego dzieła, nazwanego po latach protohipertekstem. Życie i myśli J[aśnie] W[wielmożnego] Pana Tristrama Shandy kryją w sobie oryginalne propozycje kompozycyjne, a z twórcy, Laurence’a Sterne’a, czynią wręcz cudaka. Pominięte i przestawione rozdziały, pourywane zdania, czarny prostokąt obrazujący śmierć bohatera, puste karty, które czytelnik sam ma wypełnić… przykłady można mnożyć.

Na inne ekscentryczne rozwiązanie wpadł Mark Saporta. Jego Composition No. 1 to… talia kart zapakowanych w pudełku. Każda z nich stanowi fragment fabuły (dziś powiedzielibyśmy leksję). Aby rozpocząć lekturę, trzeba je przetasować i łączyć, nie mając przy tym żadnych wskazówek od autora.

Jednak mimo całej swej fantazji ani Sterne, ani Saporta nie zostali twórcami najsłynniejszego protohipertekstu. Tym mianem okrzyknięto Grę w klasy Julio Cortázara. Któż z nas nie słyszał o powieści, którą dosłownie traktuje się jak podwórkową zabawę? Ale kto pomyślałby, że przeskakiwanie po rozdziałach zgodnie z tablicą orientacyjną będzie zaledwie jej namiastką…

O krok dalej
Obecnie literatura hipertekstowa składa się z czegoś więcej niż tylko słów. Przedstawiciele tego gatunku ze śmiałością zakrawającą na szaleństwo wkraczają w erę hipermedialności, dołączając do tekstu obraz, dźwięk czy film.

Niewątpliwym propagatorem w zakresie hipermediów jest Stuart Moulthrop. Pojedynczy węzeł dzieła Pax, an Instrument dzieli się na dwie części. Po prawej stronie nie znajdziemy nic zaskakującego, zwyczajny tekst. Po lewej natomiast zarysowują się animacje bohaterów, które ożywają, gdy najedzie się na nie kursorem. A wtedy nie trzeba już czytać, postacie same wypowiadają swoją kwestię. Bardziej kontrowersyjny wydaje się Hegirascope. Nie ze względu na szatę graficzną czy rozwiązania techniczne, ale… drgające leksje i ograniczony czas wyboru. Czytelnik ma do dyspozycji zaledwie 30 sekund, by zadecydować o swojej ścieżce lektury. Inaczej program automatycznie przeniesie go do następnego węzła. Przy Moulthropie wszelkie inne propozycje bledną. Nawet Zmrok, symfonia Joyce’a, któremu towarzyszy melodia, czy Koniec świata według Emeryka Radosława Nowakowskiego w formie kolażu.

Pytanie brzmi – czy naprawdę chcemy takiej literatury?

O krok za daleko?
Już Umberto Eco wspominał o księgach totalnych, niemających ani początku, ani końca; o dziełach otwartych, których interpretacja zależy od odbiorcy. Kiedy jednak dotarła do niego wieść o Composition No. 1, napisał: „W tym samym momencie, w którym pojąłem ideę tej powieści, straciłem najmniejszą chęć, by ją przeczytać”.

Początkowe zachłyśnięcie się wolnością traci zwolenników. Hiperfikcji wytyka się chaos, mnogość wyborów, nieskończoność. Czytelnik nie wie, jak rozległy jest dokument. Podejmuje decyzje, których konsekwencji nie może przewidzieć. Gubi się i nie ma pewności, czy za chwilę nie „zje” go animacja bohatera (przytoczone wątpliwości są wynikiem moich doświadczeń). Jednocześnie hipertekst traci swoją literacką duszę. Można by dyskutować, że jego twórcy skupiają się bardziej na efektach graficznych niż na wartości dzieła, lecz drzazga utknęła znacznie głębiej.

Czyż piękno powieści nie tkwi w emocjach, jakich doświadczamy, kiedy pewne wydarzenia po prostu się dzieją i nie możemy ich zmienić? Kochamy książki dla wściekłości po śmierci Dumbledore’a, dla napięcia spowodowanego wątpliwością, czy Frodo zniszczy pierścień, dla ekscytacji, że Ania wychodzi za Gilberta. Hiperfikcja nam je odbiera. Wolność paradoksalnie stała się przekleństwem.

Źródła:
J. Wrycza: Galaktyka języka Internetu;
P. Marecki, M. Pisarski: Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media;
M. Pisarski: Xanadu. Hipertekstowe przemiany prozy.


Tekst: Katarzyna Smutek


Artykuł pochodzi z magazynu „Suplement” (luty/marzec 2019).

Post dodany: 8 maja, 2019

Tagi dla tego posta:

autor   film   Katarzyna Smutek   literatura  

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno