facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Śląski Rap Festiwal 2017, czyli ludzie ulicy na scenie

9 grudnia 2017 roku odbyła się XIV edycja Śląskiego Rap Festiwalu – najstarszej tego typu, cyklicznej imprezy w Polsce. W katowickim Spodku mogliśmy posłuchać polskich, legendarnych wykonawców oraz po raz pierwszy czołówkę europejskiej sceny.

Bilety

Były w sprzedaży na kilka miesięcy przed wydarzeniem, a ich cena wahała się od 39 do 250 złotych. Parę tygodni przed rozpoczęciem festiwalu na Facebooku organizatora pojawił się ogromny napis SOLD OUT, co już wróżyło sukces tejże imprezy.

Kolejki

Po godzinie 18.00 nie było żadnych kolejek, odbyła się szybka kontrola toreb i biletów, a ochroniarze zamaszystymi gestami rąk zapraszali nas do zabawy. Znacznie większe kolejki były za to do szatni oraz po jedzenie i picie.

Coś o czym muszę wspomnieć to kolejki do ubikacji. Ku mojemu zaskoczeniu do damskich nie było ich wcale, coś nowego…

Jedzenie i picie

Aby kupić piwo należało stanąć do kolejki po kuponiki z napisem „Baluj!”, a następnie do kolejki po produkt docelowy, co skutkowało tylko wzrastającym niepokojem wśród fanów. Po jedzenie, czyli burgery, frytki i hot dogi,

kolejka była najdłuższa i nie odważyłam się w niej stanąć. Ceny nie były zbyt wysokie jak na takie wydarzenie. Piwo kosztowało 8 złotych, a cena fast foodów wahała się między 6 a 12 złotymi. Najbardziej opłacało się kupić jednak obwarzanki, do których nigdy nie było kolejek, a przemiła pani chciała od nas zaledwie 4 złote.

Ludzie

Od wejścia można było zobaczyć bluzy i koszulki z napisem „BOR”, „TRL” czy nawet „PLNY”, pomimo iż na scenie nie pojawił się Tede, co tylko podkreślało jak ważne jest to wydarzenie dla każdego fana polskiego rapu. Palarnia to miejsce, w którym zawiera się najwięcej znajomości, a tutaj o to nietrudno. Liczba osób tam przebywających zmuszała do rozmów. W większości ludzie byli wyrozumiali, przymykali oko na wiele spraw i starali się po prostu dobrze bawić.

Scena

Był dwie: main stage oraz make history stage.

Pierwsza, najważniejsza, to miejsce, w którym odbywał się cały festiwal oraz pojawiali się wszyscy wykonawcy.

Druga poświęcona została głównie freestylowi. Miała klimat klubu z dobrą muzyką i whisky. Tam pojawiłam się raz.

Wykonawcy

BOB ONE & BAS TAJPAN
Dwóch szalonych wykonawców. Mieli najtrudniejsze zadanie tego wieczora. Jako że byli pierwsi, musieli zainteresować sobą tłum. Brzmienie reggae doskonale rozpoczęło wydarzenie.

DONGURALESKO
Według mnie największe rozczarowanie. Jego hypemani potraktowali ten dzień jako okazję na zostanie zauważonym, bo trzydzieści minut wystarczyło, aby przekrzyczeć Piotra i zepsuć mu cały występ.

KĘKĘ
Pietrek, Pietrek… Zapowiedziano go zdjęciem z social mediów, na którym prezentuje się bez koszulki, więc zapewne po festiwalu przybyło mu followersów na Instagramie. Kękę starał się utrzymać kontakt z publicznością poprzez żarty i anegdoty związane z jego życiem. Utwór „Smutek” jest dla twórcy swego rodzaju rachunkiem sumienia, dlatego podczas jego wykonu w Spodku zgasły światła, a my, słuchacze, włączyliśmy latarki w telefonach i śpiewaliśmy razem z muzykiem. Uważam, że najwspanialszym momentem był utwór „Nic już nie muszę”, a w momencie kiedy refren zaśpiewaliśmy wspólnie, na ciele pojawiły się ciarki (polecam zobaczyć to video, wtedy zrozumiecie o czym mówię: https://www.instagram.com/p/BchubL0Fm6Y/?taken-by=glamrappl).

POKAHONTAZ
Zalewie kilka tygodni wcześniej nagrywali teledysk w Katowicach, więc również ich nie mogło tutaj zabraknąć. To nie jest ten rodzaj rapu, który lubię, aczkolwiek można jasno stwierdzić, że stary, dobry oldschool zawsze się przyjmie.

JOSMAN
Z tym wykonawcą spotkałam się po raz pierwszy. Francuski rap potencjalnie, jak dla mnie, wróży porażkę. Dlatego miło się zaskoczyłam, kiedy usłyszałam co potrafi. Można było dostrzec inspirację Zachodem. W tym momencie ludzi było mniej, ale dla samego poczucia odrobiny Ameryki w Katowicach warto było zostać i ocenić.

GRUBSON
Na jego występie pojawiło się najwięcej ludzi. Tomek zagrał największe klasyki, takie jak „Na szczycie”, czy „Naprawimy to”. Traktuję ten występ jako swego rodzaju przedstawienie. Tancerze, gra światła, ton głosu stanowiły jedną całość, lecz nie było to groteskowe i kiczowate. Świetna współpraca artysty z jego towarzyszami i publicznością, czyli całkowite przeciwieństwo DGE.

PALUCH
Wiedziałam, czego mogę się po Łukaszu spodziewać, gdyż na jego koncercie już byłam, i nie myliłam się. Brak osób, które miały go wspierać – sam na scenie, bez szalonej gry światłem – być może chciał w ten sposób stworzyć nieco bardziej kameralną atmosferę. Wykonał utwory ze swoich ostatnich trzech płyt, dlatego fani, niezależnie od kiedy zaczęli nimi być, dobrze się bawili. Uważam, że jedyne nad czym powinien popracować to oddech, gdyż wiele razy załamywał głos, ponieważ najzwyczajniej w świecie zabrakło mu oddechu. W przerwie między utworami poruszał temat władzy i polityki, nawołując do otwarcia oczu i tego, aby nie dać się zmanipulować.

O.S.T.R.
Występ nieco podobny do poprzednika, natomiast urozmaicony o muzykę elektroniczną. Adam był dosłownie wszędzie: skakał, tańczył, krzyczał. Opowiedział nam swoją historię i kilka anegdot, które sprawiły, że na przykład na prezydenta Katowic spojrzymy już nieco inaczej. Oldschool połączony z nowoczesnością. Bardzo dobry występ otoczony humorem i posypany szczerością.

LADY LESHURR
Czarnoskóra kobieta z burzą loków i w czerwonym kombinezonie postanowiła prawie dwukrotnie przedłużyć sobie czas występu. Angielka nie pokazała jednak za wiele. Było to połączenie rapu prezentowanego przez Nicki Minaj z wyglądem i uboższą wersją głosu Rihanny. Jedyne co potrafiła wykrzyczeć wielokrotnie to: „Make some noise”. Prowadzący, którzy zapowiadali kolejnego artystę i zarazem dziękowali raperce podsumowali to jednym stwierdzeniem: „Żałosna była, prawda”?

OTSOCHODZI
Patrząc na Miłosza przez pryzmat jego utworów i doboru ludzi do nich, spodziewałam się skromnego artysty, który zrobi wielki hałas. Co dostaliśmy w zamian? Zapatrzonego w siebie młodego chłopaka, uważającego swoje kawałki za dobro powszednie, nie widzącego wad i olewającego krytykę. Uważany jest za największą nadzieję młodego hip hopu. To prawda, ale dopiero w momencie, w którym schowa swoje wielkie ego do kieszeni.

TACO HEMINGWAY
Skromny, wrażliwy współczesny poeta. Tak samo jak Paluch zaprezentował utwory z trzech płyt. Ważne jest to, że pomimo wady wymowy nie dał po sobie tego poznać. Widać, że Fifi pracuje nad dykcją i oddechem, czego mógłby się od niego nauczyć Łukasz. Po każdym utworze Flip ukłonił się i wydusił z siebie krótkie „dziękuję”. Jako jednego z dwóch wykonaców, poproszono go o bis, a Taco, chcąc uszanować czas innych występujących, udał się na backstage w celu uzyskania na to zgody. Tym sposobem mogliśmy nacieszyć się nim nieco dłużej.

BIAŁAS
Mniej więcej w połowie festiwalu dostaliśmy informację, iż samolot z Włoch, w którym znajduję się Sfera Ebbasta ma duże opóźnienie, więc wykonawca ten się nie pojawi. Organizatorzy szybko zadziałali i zadzwonili do zaprzyjaźnionych SB Maffija. W ten sposób Mateusz zniszczył scenę utworem „Blakablaka”, a później było już tylko lepiej – krzyki, brawa i głośne skandowanie. Dokładnie na niego wszyscy czekali, to jego tutaj brakowało. Pomimo nieplanowanego występu, Białas poradził sobie zawodowo.

QUEBONAFIDE
Największy tzw. benger. Rok temu miałam przyjemność poznać Kubę na jego koncercie w nieco mniejszym gronie, gdyż po występie każdy mógł sobie zrobić z nim zdjęcie lub po prostu porozmawiać. Tutaj dla osób bez opcji VIP takiej możliwości nie było. Quebo wraz ze swym hypemanem, który towarzyszy mu od lat, zabrał nas w podróż po kontynentach. Zagrał największe klasyki jakie tylko przychodzą Wam do głowy. Od starszych przez nieco nowsze. Największy szum zrobił kawałek „Hype”, podczas którego Jakub niczym Macklemore w utworze „Can’t hold us”stanął na rękach ludzi i wykrzyczał słowo klucz jak najgłośniej tylko mógł. „Madagaskar” grany przynajmniej trzykrotnie zamknął cały festiwal i zapewne co drugi uczestnik wyszedł ze zdartym głosem lub jego brakiem.

SFERA EBBASTA
Artysta miał się nie pojawić, jednakże zaszczycił nas swoją osobą pod sam koniec festiwalu. Niestety nie jestem w stanie wypowiedzieć się na jego temat, gdyż podążyłam za tłumem w celu opuszczenia terenu wydarzenia.

Podsumowanie

Podczas tego wspaniałego festiwalu mogliśmy zobaczyć praktycznie wszystko. Od piłek przez tancerzy, na bardziej lub mniej legalnych środkach kończąc. Uważam, że branie udziału w takich wydarzeniach jest fantastycznym przeżyciem. Możemy spotkać ulubionych wykonawców oraz ludzi, których interesuje dokładnie to samo co nas.

Mam nadzieję, że ten tekst w jakikolwiek sposób zachęcił Was do brania udziału w różnych festiwalach zaczynając od Opener’a przez Coachelle czy Hip Hop Kemp, a naszym rodzimym Śląskim Rap Festiwalu kończąc.

Taka mała rada: pamiętajcie, aby transport, niezależnie gdzie i o której jedziecie, załatwić sobie wcześniej, gdyż po festiwalu ceny np. Ubera wzrosły prawie trzykrotnie 🙂

 

Tekst: Daria Holeczek
Zdjęcie: Daria Holeczek

Post dodany: Styczeń 5, 2018

Tagi dla tego posta:

2017   Daria Holeczek   festiwal   Grubson   hip hop   Katowice   muzyka   O.S.T.R.   Pokachontaz   rap   Śląsk   ŚląskiRap Festiwal   Spodek   sprawozdanie   Taco Hemingway  

Używając tej strony zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno