facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Oswajanie szaletu i gruby melanż

Książka Mieszkający przy torach została wydana przez wydawnictwo Novae Res w 2017 roku. Jej autorem jest Aleksander Cywiński. Mój brat też ma na imię Aleksander. Zatem na wstępie muszę odnotować duży plus dla autora. A teraz na poważnie…

Zawsze, zanim zabiorę się za lekturę, czytam opis umieszczony z tyłu książki. Często można mieć mylne wyobrażenie o zawartości znajdującej się między jedną częścią okładki a drugą. Tak było i w tym przypadku, gdyż sugerując się opisem, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Teraz w zasadzie sama nie wiem czego.

Zacznijmy od minusów
Właściwie jedyna rzecz, do której mam uwagi, to język. Czasami jest świetny i naprawdę błyskotliwy, ale w innych momentach miała ochotę rzucić tą książką o ścianę i do niej nie wracać. Są takie momenty. Że. Autor. Nadużywa pojedynczych. Zdań. I interpunkcyjnych. Znaków. I. Bardzo. Ciężko się. To. Czyta. Być może jest to awangardowe podejście do języka, o którym mowa w opisie na tylnej części okładki. Ale bolą od tego oczy… Na szczęście autor odchodzi od oszpecającego zabiegu, dalszą część książki czyta się naprawdę znakomicie.

A teraz plusy
Mieszkający… to zbiór opowiadań, które pod względem treści nie mają wspólnego mianownika. Ich tematyka zdecydowanie się od siebie różni. Jedynym elementem łączącym jest fakt, iż akcja dzieje się w tym samym czasie – w Polsce po roku 1989. To smutna konkluzja ostatniego dwudziestopięciolecia ujęta w dziewięciu znakomitych, absurdalnych, a jednocześnie bardzo dosadnych opowieściach. Jest wycieczka w góry, jest praca magistrów w miejskim szalecie, są androidy. Nie bójcie się przeciwnicy science-fiction – wątek androidów nie jest długi, za to opracowany naprawdę dobrze. Jest gruba impreza kanclerz Niemiec, prezydenta amerykańskiego i prezydenta Chińskiej Republiki Ludowej na polskiej wsi, czyli smakowitości dla eurosceptyków i prześmiewców liberalizującej polityki mocarstw światowych. To również lektura dość przygnębiająca, bo prezentowane są w niej przywary ludzkie i narodowe. Jednak chyba nastrój nie powinien podlegać ocenie, więc oceniać nie będę. W końcu nie wszystkie książki muszą traktować o sprawach błahych.

To trzeba lubić
Bardzo lubię taką formę książek – zbiór krótkich, mających konkretny początek i koniec historii. To trochę taki trzydziestostronicowy zastrzyk kultury, którą możemy sobie zaaplikować w wolnej chwili. Na co dzień mam naprawdę mało czasu na czytanie czegoś poza podręcznikami, więc tego typu lektury sprawdzają się znakomicie w drodze na uczelnię czy w przerwie w pracy. Wolę to od opasłych tomiszczy, których zaczynanie w moim przypadku byłoby daremne.

To nie jest książka dla każdego. Między innymi ze względu na tematykę. To socjologiczna obserwacja zjawisk zachodzących przez ostatnie dwudziestopięciolecie w Polsce. Są tacy ludzie, których „oswajanie szaletu” znajdujące się na okładce zainteresuje i przyciągnie. Mnie na przykład przekonało. Propozycja oswojenia go kusi mnie absurdem i przywodzi na myśl gombrowiczowski sznyt. Podobają mi się ironizowanie i sarkastyczne uwagi autora. Nie wiem, czy inni podzieliliby mój entuzjazm, bo z utworami bazującymi na tak wysokim poziomie absurdu jest jak z wigilijnym kompotem – albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja takie klimaty lubię. To ciekawsze niż bebłanie o niespełnionej miłości i kolejnym seryjnym mordercy w San Francisco. Co więcej, utwór przypomina estetycznie i fabularnie twórczość Doroty Masłowskiej – choćby świat przedstawiony w opowiadaniu Oswoić wstyd przywodzący mi na myśl Wojnę polsko-ruską.

Ta książka przywołuje odwieczną dyskusję o tym, czym jest sztuka i jakie są jej granice. Czy modernizm i naturalizm może w ogóle pretendować do miana sztuki? Czy sztuka powinna być piękna, czy w brzydocie też można dostrzec artyzm? Czy ma być zaangażowana, a może tylko wyrażać afirmację dla świata?

Cieszy mnie, że mamy w kraju młodych ludzi o tak szerokiej wyobraźni i ciekawych pomysłach. Cieszy mnie, że ludzie piszą, czytają. Ładnie piszą i chcą czytać ładne rzeczy. Cieszy mnie w końcu, że na półkach domowych pojawiają się pozycje ciekawsze aniżeli siedemnasty „magiczny” podręcznik o tym, jak być szczęśliwym i jak za pomocą świeczuszek z supermarketu odmienić swoje życie. Takie książki jak Mieszkający przy torach to ciekawa alternatywa dla mainstreamu i warte odnotowania pozycje wydawnicze.

 

Tekst i zdjęcie: Rita Miernik (www.lexmaruda.pl)

 

Post dodany: 8 lutego, 2018

Tagi dla tego posta:

książka   lifestyle   literatura   Novae Res   recenzja   Rita Miernik   społeczeństwo   styl życia   sztuka   życie  

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno