facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

O jeźdźcu, który stracił głowę cz. II

Wszystko zaczęło się, gdy miałem objąć posadę nauczyciela w Sennej Dolinie. Przyjechałem w czerwcu, tydzień po tragicznej śmierci dawnego nauczyciela, pana Stephena Todda. Ów uroczy staruszek zapisał mi wszystko w testamencie jako swojemu następcy na posadzie belfra, więc nie wypadało nie przyjechać na pogrzeb, aby uczcić jego pamięć i dokonania dla edukacji w tej przez Boga zapomnianej wiosce.

Ceremonia była skromna, pomimo sympatii mieszkańców do pana Todda mało kto zjawił się na mszy. Był to mój pierwszy kontakt z tutejszą ludnością. Miałem okazję poznać parę osób z najbliższego grona byłego nauczyciela. Zostałem przyjęty uprzejmie i z gościnnością, jednak czułem ich zmieszanie. Nic dziwnego – pochodziłem z wielkiego miasta, a poza tym ciągle trwała żałoba po świętej pamięci nieboszczyku. Powiedziałem sobie, że muszę być dla nich wyrozumiały. W najlepszym przypadku będę im oporą w tym ciężkim czasie, a w najgorszym – nie będę zawadzał w powrocie do normalności życia codziennego.

Kiedy grabarze umieszczali trumnę w ziemi, odczułem coś niepokojącego. Charakterystyczne łaskotanie na karku. Ktoś definitywnie mi się przyglądał. Zauważyłem, że w oddali pod brzozą stoi pewna postać. Nosiła czarną woalkę na głowie, więc jasnym było, iż była to kobieta. Nie znałem nikogo poza notariuszem Scroogem, który odpowiadał za testament, i pastorem Lovecraftem, który odprawiał ceremonie, więc postanowiłem zapytać miejscowych, cóż za jejmość stoi tak na odludziu. Nikt nie wiedział. Nikt nie znał tej kobiety… Jednak wszyscy wiedzieli, że musi być to ktoś ważny, bo na ceremonię zostały zaproszone same istotne i najbliższe osobistości.

Po pochówku zaczęło padać. Wszyscy wyciągnęli parasole i udali sie do dorożek. Wszyscy. Poza kobietą spod brzozy. Dobre wychowanie – które było w duchu tamtych czasów – wymagało, abym wspomógł niewiastę w potrzebie. Spoglądając ostatni raz na pomnik nad grobem pana Todda, złożyłem ostatni ukłon i oddaliłem się w kierunku kobiety. Pomimo parasola dało się odczuć kropelki na twarzy. Zastanawiała mnie postawa tej tajemniczej osobistości. Nie lubiłem nigdy kolokwializmów, ale mógłbym rzec, że lało wtedy jak z cebra. Pomimo silnego deszczu postać trwała niewzruszona pod drzewem, wpatrując sie w miejsce, gdzie jeszcze niedawno odbywał się pogrzeb. To również było zastanawiające, wszak skoro zjawiła się na pogrzebie, oznaczało to, że była na niego zaproszona, a mimo to trzymała się w pewnej odległości.

Zwiększyłem tempo kroków. Kobieta wciąż patrzyła się w kierunku, z którego przybyłem, lecz nie na mnie. Patrzyła na grób, jakby czegoś szukała. Gdy byłem dostatecznie blisko, kobieta spojrzała wreszcie na potencjalnego wybawcę. Albo napastnika. Jednak nie wydawała sie czuć zagrożona, gdyż uśmiechała się. Woalka zakrywała górną połowę twarzy, więc można było zobaczyć jej usta. Jak długo żyłem, niespecjalnie zawracałem sobie kobietami głowę. Ich uroda była zjawiskiem naturalnym, jedne bardziej, inne mniej nią obdarzone. Jednak owa kobieta już samym uśmiechem się od nich różniła. Poeci mogliby wygłaszać poematy na temat tego zjawiskowego wydarzenia przez wieki aż do końca świata i nadal nie oddaliby natury tego uśmiechu. To jak mieszanka wszystkich cech zarezerwowana tylko dla istoty piękna jednocześnie wymieszana z tęsknotą. Wargi, które wystarczyłoby raz dotknąć, aby umrzeć z rozkoszy i jednocześnie z żalu, że nigdy już nie będzie dane nam ich nawet ujrzeć.

Te usta i wzrok przebijający sie pod osłoną woalki mogły oznaczać to wszystko i jeszcze więcej. Zapatrzony, nie zauważyłem, że znalazłem się zdecydowanie za blisko. Z transu wybudził mnie szept, który wywołał ciarki na całym ciele. Uśmiech nadal czarował.
— Czy nie sądzi pan, że jest trochę za wcześnie na takie zachowanie?
— Najmocniej szanpP-panienkę przepraszam… Ja..przepraszam najmocniej… Och gdzie moje maniery! Nazywam się Ichabod Crane, nowy nauczyciel w Sennej Dolinie. — Ukłoniłem się, jednak nie podała ręki, którą mógłbym ucałować. Czyżbym tak ją uraził na początku swoim faux pas?
— A więc to pan zastąpi pana Todda! Wyśmienicie. Mam tylko nadzieje, że nie zapatrzy się pan następnym razem przed zajęciami i nie spóźni na nie. Edukacja dzieci to bardzo ważna funkcja. — Nie mogła już dłużej ukryć drgawek wywołanych przez wesołość, więc roześmiała się. Również przepięknie. I bardzo zaraźliwie, bo również zacząłem sie śmiać. Po chwili, z bolącymi brzuchami od śmiechu, szliśmy pod jednym parasolem w stronę dorożki. Pomimo miłej rozmowy i dobrego humoru nadal nie odwzajemniła uprzejmości. Wyraźnie unikała dotyku.

I wciąż nie potrafiłem zapamiętać jej imienia. Nie wiedząc, czy go nie podała, czy nie potrafiłem zapamiętać. Jakkolwiek by to nie brzmiało, rozmowa toczyła się po torach tak różnych i tak wartko, że nie potrzebowałem go znać. Cieszyłem się samą jej obecnością. Była wykształcona, to pewne. Mało kto potrafi rozmawiać z taką samą pasją co ja. Dorównywała mi we wszystkich tematach, a czasami wręcz zaskakiwała nowymi faktami, nie pozostawiając mi pola do popisu. Bawiły ją moje opowieści o tym, jak mieszkańcy Doliny traktują mnie uprzejmie, ale z charakterystycznym dystansem zarezerwowanym dla wielkomieszczan.
— Gdzie panienka wysiada?
— Dlaczego twierdzi pan, że jestem panną? — Kolejny pokaz bielutkich perełek za kurtyną rozkosznych ust.
— Jest pani młoda, nie widziałem mężczyzny w pobliżu pani… i szczerze mówiąc, nie wiem czemu. Chyba zaufałem instynktowi. Chociaż faktycznie jest to niesłychane, żeby dama o takiej urodzie pozostawała w stanie panieńskim. Przepraszam, jeśli się mylę.
— Dobrze pan trafił! Instynkt nie zawiódł. Proszę na nim polegać, a daleko pan zajdzie.
Dojechaliśmy do zajazdu, w którym zatrzymałem się na czas przeprowadzki do domu pana Todda. Zaproponowałem mojej uroczej towarzyszce kolację. Przystała na propozycję z zapałem i chichotem małolaty. Posiłek przebiegł przy akompaniamencie rozmów, śmiechów i głębokich rozważań na przeróżne tematy. Zacząłem sie łapać na tym, że potrafię wpatrywać się i rozkoszować się tym, gdy opowiada o czymś. Czyżbym się zakochał? Taki światły człowiek jak ja i zakochać się po pierwszym dniu znajomości z kobietą o nieznanym mi imieniu? Miałem ochotę zaprosić ją do tańca, ale wiedziałem, że z jej podejściem do dotyku nie pozwoli na to. Jakby wyczuwając moje zmartwienie, zaproponowała, żeby przesiedzieć wieczór na tarasie. I tak, patrząc w gwiazdy, rozmawialiśmy przez chwilę, a następnie umilkliśmy, aby napawać się chwilą i swoją obecnością.

Nie wiedząc kiedy, zasnąłem. Obudziłem się dnia następnego w swoim pokoju. Za oknem świeciło słońce, jednak mgła nadal nie odpuszczała dolin w objęcia ciepła. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nigdzie jej nie było. Wybiegłem z dormitorium i zapytałem najbliższą osobę z obsługi, czy widział ktoś damę, z którą wczoraj przyjechałem. Lokaj odpowiedział, że zameldowali ją na niższym piętrze dokładnie pod moim pokojem. Lecąc na złamanie karku po schodach, znalazłem się pod drzwiami mojej damy. Były otwarte. Tak jak i okno. W pokoju było chłodno, widocznie było ono uchylone od jakiegoś czasu. Zawołałem ją. Nie było odpowiedzi. Przeszukałem pomieszczenie z nadzieją, że znajdę jakąś odpowiedź. Jednak podświadomie wiedziałem, że stało się coś złego. Wyjrzałem przez okno, ostatnią deskę ratunku. Zauważyłem w oddali dwie postaci idące na zachód, tam, gdzie mgła miała jeszcze większą władzę niż słońce. Mimo iż byłem inteligentny, postąpiłem jak każdy normalny człowiek – poszedłem za impulsem. Instynktownie wiedziałem, że to ona. Pobiegłem do stajni, płacąc ostatnie pieniądze za konia, i pognałem co sił za podróżnikami.

Z każdą chwilą traciłem nadzieję. Mgła była zbyt gęsta. Zero śladów, znaków, że ktoś tu był. Jakby się rozpłynęli.

 

Wkrótce ciąg dalszy opowiadania…

Część pierwszą znajdziecie TUTAJ

Autor tekstu: Miłosz Koenig

Post dodany: Luty 8, 2017

Tagi dla tego posta:

Fantasy   jeździec bez głowy   legendy   Miłosz Koenig   opowiadanie  

Używając tej strony zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno