facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

literaTURA październik/listopad/grudzień 2017

Zbiór życiowych lekcji, tykający jak zegar, pragmatyczny thriller, klasyka w niemieckim wydaniu i kolejny tom fantastycznej serii. Tym miłym książkowym akcentem zamykamy 2017 rok!

Bóg nigdy nie mruga R. Brett – 7,5/10
Podtytuł zbioru głosi: 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Regina wie, co mówi. Los doświadczył ją wielokrotnie. W wieku nastoletnim została zgwałcona, jako 21-letnia panna zaszła w ciążę, przez wiele lat podejmowała się różnych dorywczych prac, starając się utrzymać siebie i córeczkę, a gdy w końcu znalazła stały grunt i miłość swego życia – do akcji wkroczył nowotwór piersi. Aż głupio się robi człowiekowi. Czy moje chwile, moje drobne i większe problemy potrzebują w ogóle przewodnictwa? Czy zasługują na miano „trudniejszych”?

Regina uczy, że każdy ma swój próg wytrzymałości i swoją dawkę trudności, których nie wolno zgeneralizować i sprowadzić do jednego poziomu wspólnego wszystkim ludziom – bo taki poziom nie istnieje. „Nie porównuj swojego życia z życiem innych. Nie masz pojęcia, co przyniósł im los” – głosi rozdział pod szczęśliwym szyldem 13. No właśnie. Każdy ma swój własny zestaw. Nie ma potrzeby zazdrościć innym spotykających ich dogodności, bo nie zdajemy sobie sprawy, na ilu łzach mogły one zakwitnąć.

Lekcje można czytać wyrywkowo – według emocjonalnych potrzeb – lub chronologicznie, tak, jak sugeruje to spis treści. Przeczytanie nie gwarantuje jednak przyswojenia treści. Prawdziwy profit z lektury zaczęłam czerpać dopiero po każdorazowym przemyśleniu przeczytanych właśnie stron i wysupłaniu z nich esencji – mojego prywatnego wniosku. Niektóre z anegdot Reginy odmalowały się na moich ustach uśmiechem – kilkakrotnie złapałam się na myśli: to zdecydowanie ja! Mózgowa ślepota barw, skłonność do zamartwiania się głupstwami i do hiperbolizacji ich znaczenia, wbudowany perfekcjonizm. Piąteczka, Regino!

Jedyny – lub szczególnie mi doskwierający – mankament felietonów to pewien brak skrupulatności. Zdarzało się, że motyw przewodni (tytułowe zdanie zamieszczone zaraz pod numerem rozdziału) nie miał niemal żadnego przełożenia na treść znajdującego się pod jego patronatem tekstu – że zdanie to było tylko nadbudówką, bardzo szeroką interpretacją, a nie wnioskiem i myślą naczelną. Czy czuję się oszukana? Nie, po prostu postrzegam to jako pewne utrudnienie w odbiorze – zwłaszcza gdy sama dostrzegałam w felietonie zupełnie inne refleksje, niż zasugerowała to autorka.

Niemniej miejcie oczy szeroko otwarte. Nie mrugajcie, gdy ta książka jest w pobliżu. Lepiej jej nie przegapić.

Dziewięć dni G. Macmillan – 7/10
Koszmar każdej matki – dziecko przepada bez śladu. W jednej chwili szczęśliwy maluch wybiega naprzód, w drugiej – znika jak kamfora. Wypadek? Porwanie? Morderstwo? Zemsta czy przypadek? Zaplanowana czy spontaniczna? Moja wina? Na pewno moja!

Nigdy nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji.

Dziewięciu dniach mamy dwie perspektywy – pierwszą: matki mierzącej się ze społecznym ostracyzmem po niewyjaśnionym zniknięciu kilkuletniego syna i drugą: inspektora policji, który próbuje rozpracować swoje emocjonalne rany po zakończonym śledztwie, uczestnicząc w spotkaniach z psychologiem. To zderzenie dwóch światów, dwóch sposobów radzenia sobie z sytuacją zaginięć uwypukla zakres wpływu podobnych wydarzeń na delikatną tkankę społeczeństw. Można zaryzykować wniosek, że Macmillan sławi matczyną intuicję i tym samym umniejsza „profesjonalizm” i przygotowanie policyjne funkcjonariuszy dążących do rozwiązania sprawy poprzez wypełnianie ściśle określonych reguł postępowania. Wyraźnie stawia legendarny szósty (matczyny) zmysł nad metodami – nie wiadomo, czy chce w ten sposób wesprzeć przestraszonych perspektywą utraty dziecka rodziców, przypisując ich rodzicielskim instynktom niezwykłe właściwości ratunkowe, czy próbuje raczej przyzwyczaić nas do myśli, że policja to nie wydział superbohaterów, ale zwykłych ludzi, którzy również zmagają się z ludzkimi ograniczeniami.

Krótkie, lapidarne podrozdziały i podział na dni wywołują skojarzenie z tykającym zegarem. Niekoniecznie jednak nazwałabym tę powieść stuprocentowym thrillerem. Nie zrozumcie mnie źle. Rzadko czytam powieści z gatunku strachu i grozy, bo najzwyczajniej w świecie łatwo wpędzić mnie w bezsenność, ale tutaj odniosłam wrażenie, że zamiast wywoływać dreszcz przerażenia, Dziewięć dni ma za zadanie nadać ludzką twarz „niewybaczalnym” błędom, takim jak niedopilnowanie dziecka czy złamanie etycznych reguł swojego zawodu; błędom, które prowadzić mogą do poważnego skrzywdzenia osoby trzeciej. Jednocześnie Macmillan nie rozwodzi się nad psychologią postaci, wykazując ich stany emocjonalne raczej poprzez opis działania niż przez analityczne rozkładanie ich motywów na czynniki pierwsze. Z drugiej strony sposób narracji – pierwszoosobowa z punktu widzenia matki zaginionego Bena – oraz sposób zapisu wspomnień inspektora Clemo (forma stenogramu z sesji psychoterapeutycznych) daje czytelnikowi pewien wgląd w ich myśli i ułatwia zrozumienie zachowań.

Niesamowitym jest, w jaki sposób Macmillan wykorzystuje istotę hegemonii Internetu (a zwłaszcza mediów społecznościowych) w swojej powieści – jak wykazuje ich niszczycielską, ale też budującą moc. Sieć staje się miejscem powszechnego sądu nad „winnymi”, ale także przestrzenią, w której wyrasta ziarno nadziei, która burzy mury między poszukującą a poszukiwanym.

Całość zwieńczona jest bibliografią, a dzięki zamieszczaniu fragmentów z publikacji merytorycznych mówiących o postępowaniu w przypadku zaginięć dzieci, powieść wchodzi w rolę nieformalnego przewodnika: jak NIE postępować w podobnej sytuacji. To sprawia, że choć książka ta jest debiutem, a nazwisko autorki nie zostało jeszcze nagłośnione, to może, w bliższej lub dalszej przyszłości, spodziewać się będziemy mogli efektu Macmillan (na wzór efektu Wertera czy efektu Jolie). Krótko mówiąc – opinia publiczna uzyska inspirację do głośnego i mądrego mówienia o sprawach, które zbyt długo pozostawały tabu i jako tabu narastały skorupą niezrozumienia i krytyki. To dobrze, że ktoś w końcu próbuje się przez nią przebić.

Gra szklanych paciorków. Próba opisu życia magistra ludi Józefa Knechta wraz z jego spuścizną pisarską H. Hesse – 7/10
Za punkt honoru postawiłam sobie przyswojenie zasad gry. Od pierwszej strony skrupulatnie notowałam wszystkie okruchy wiedzy, na czym tytułowa rozgrywka polega. Gdy kończyłam czytać, zdałam sobie sprawę, że to nie o grę tutaj chodzi, tylko o życie człowieka. O jego wybory, rozterki i zależności.

System edukacyjny w Kastalii przywodzi mi na myśl system szkolnictwa w Chinach, gdzie to najlepsi uczniowie – a nie najsłabsi, wymagający dodatkowych korepetycji – spędzają najwięcej czasu na pogłębianiu swej wiedzy. Czym jest Kastalia? To enklawa w jednym z państw przyszłości; miejsce, w którym intelektualizm i wszechstronna wiedza wynoszone są na piedestał i udostępnione tylko predysponowanym do tego zaszczytu chłopcom.

No właśnie, chłopcom. W tym utopijnym świecie rozumu, światłej myśli i zasad dość silnie doskwierał mi brak… kobiet. Jedyna, jaka aktywnie uczestniczyła w niedługim fragmencie powieści, była żoną przyjaciela Józefa i matką jego ucznia. Halo, fabuła rozgrywa się w świecie połowy XXI wieku! Czy dziewczynki nie mogą więc uczęszczać do szkół? Albo kobiety – czy nie powinny również zajmować wyższe, intelektualne urzędy? Grać w tytułową grę?

Refleksję budzi też kodeks postępowania Kastalczyków. Czym jest prawdziwa wolność w sferze kariery i samospełnienia się zawodowego? Czy jest to możliwość swobodnego wyboru drogi kariery i zarabiania na własną korzyść i użytek? Czy raczej swoboda funkcjonowania poza ramami oczekiwań narzuconych np. przez pracodawców? W tym pierwszym przypadku bowiem pozornie wolna osoba zostaje spętana wymogami społecznymi: powszechną wizją sukcesu, pragnieniem zdobycia sympatii i szacunku innych ludzi. W drugim z kolei ciężar wyboru zostaje przeniesiony na ramiona przełożonych: oni najlepiej wiedzą, w jakim obszarze nasze talenty przysłużą się bliźnim najbardziej, a my nie musimy zamartwiać się, czy to dobra droga. Na pewno dobra, skoro taką nam wskazali. Zapachniało autorytaryzmem, prawda?

Ponadto wypowiedzi bohaterów nacechowane są pewnym patetyzmem. Czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy to język intelektualny?  Czy raczej przemyślana przez autora stylistyka, służąca hagiograficznym wartościom „życiorysu” Knechta?

Powieść czytałam w ramach zaliczenia jednego z przedmiotów. Została ona dla mnie wylosowana; miałam wpływ jedynie na wybór dziedziny sztuki, do której należeć miało przyswajane przeze mnie dzieło (literatura, film lub malarstwo). I wiecie co? Choć na początku byłam trochę przestraszona jej wymiarami i zapowiedzią fabuły, to cieszę się, że Gra… do mnie trafiła. Gdyby nie to, pewnie nigdy bym się na nią nie natknęła. Mam nadzieję, że ten klasyk zapoczątkuje w moim czytelniczym życiu nowe odkrycia. W końcu nigdy nie jest zbyt późno, by zapoznać się z Tołstojem, Kunderą czy Márquezem.

Pieśń jutra S. Shannon – 7/10
Czytana w październiku. Pozostawiła miłe wspomnienie i chęć na dalsze części cyklu. Więcej grzechów (niestety) nie pamiętam. Jeśli chcielibyście zapoznać się z moją opinią na temat tej serii, to zapraszam tutaj:

(litera)TURA lipiec/sierpień/wrzesień 2017

 

Tekst i zdjęcie: Dominika Gnacek

 

Post dodany: 8 stycznia, 2018

Tagi dla tego posta:

Dominika Gnacek   książki   literatura   recenzja   studia   sztuka  

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno