facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Intel Extreme Masters okiem e-sportowego dyletanta

Zacznę tak czerstwo, jak tylko ja potrafię. Co roku katowicki Spodek przypomina, że jego konstrukcja jest nieprzypadkowa i budynek odlatuje w kosmos. Terranie toczą heroiczną batalię z Protosami, a zmagania armii obserwuje widownia tak liczna, że nawet właściciel najszerzej rozstawionych oczu nie byłby w stanie ogarnąć jej wzrokiem.

W drodze na Intel Extreme Masters zadawałem sobie jedno zasadnicze pytanie: czy ktoś, kto lubi gry, ale niespecjalnie interesuje się ich sportowym kontekstem, odnajdzie na tej imprezie coś dla siebie? Przecież gry wideo są niesamowicie różnorodną dziedziną, co zresztą opisywałem w artykule Nie ma kogoś takiego jak gracz („Suplement” – maj/czerwiec 2016). Wydarzenie sygnowane jako impreza dla graczy jest rozrywką uniwersalną czy może hermetyczną i przeznaczoną dla niszowego odbiorcy?

Nazywanie odbiorcy niszowym brzmi dziwnie, skoro IEM przyciąga miliony odwiedzających. Kiedy w 2013 roku Katowice stały się przystankiem w międzynarodowych zawodach e-sportowych, frekwencja i zaangażowanie widzów przerosły oczekiwania realizatorów. W rezultacie rok później ścisły finał mistrzostw rozegrał się w Katowicach i impreza pęczniała do tego stopnia, że w tym roku organizatorzy rozplanowali ją na aż dwa weekendy.

Jeżeli ten zabieg miał odciążyć imprezę z nagromadzenia widzów, nawet nie próbuję sobie wyobrazić przedzierania się przez tłumy w edycjach poprzednich. Podczas pierwszego weekendu poruszanie się po korytarzu okalającym salę widowiskową w Spodku było dla mnie wyzwaniem samym w sobie. Niewiele zmieniło też to, że w drugim tygodniu tereny imprezy urosły o Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Ludzie stali w długiej jak świat, słynnej już kolejce albo płacili niemałe pieniądze za karnety. Wszystko po to, żeby zobaczyć na własne oczy, jak profesjonaliści współzawodniczą w Counter Strike: Global Offensive, Starcrafcie 2 czy League of Legends.

Bilety kupiłem, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość – powiedział mi Andrzej. Jako jedyny nie miał na głowie czapeczki Teemo, jednego z miliarda bohaterów LoL-a. Dosiadłem się do niego w nadziei, że wprowadzi mnie w klimat popularnej gry i pozwoli mi ekscytować się (chociaż trochę) nadchodzącymi meczami ­– Przyjechałem na IEM drugi raz, ale tylko na pierwszy weekend, bo LoL to jedyna gra, która mnie interesuje. Gram w nią od czterech lat. – Wymienił swoje ulubione postacie i opowiedział mi, które są obecnie najbardziej rozchwytywane, ale nawet nie będę próbował ich za nim powtórzyć. Nie chciałbym zrobić sobie fanów LoL-a za wrogów. To są zawzięci ludzie, biorąc pod uwagę to, jak energicznie dopingowali swoim ulubionym drużynom.

Na meczu byłem konformistą. Naśladowałem reakcje publiczności, żeby nie wypaść na bałwana. Moje oczy były puste jak u śniętej ryby, kiedy śmiałem się z żartów, których nie rozumiałem. ­­­­­– Ty ogarniasz, co się dzieje? – pytam Andrzeja, a ten z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie za bardzo. ­­­­­– Kiedy pojawia się za dużo postaci naraz, robi się kopanina, za którą trudno nadążyć. ­– Przez całą resztę rozgrywki, kiedy owego chaosu nie było, panowała względna stagnacja. To są jego słowa, wieloletniego fana, który wydał małą fortunę na dwudniowe oglądanie kolejnych meczów League of Legends. A co mogłem czuć ja? Wówczas zdecydowanie odradziłbym wizytę na IEM wszystkim niezainteresowanym e-sportem.

W trakcie drugiego weekendu nie musiałem się pozytywnie nastrajać i usprawiedliwiać znużenia pokrzepiającą myślą, że oto przeżyłem coś nowego. Autentycznie bawiłem się świetnie!

Nie dość, że mecze CS: Global Offensive wydały mi się o wiele bardziej zrozumiałe do śledzenia i na tyle efektowne, że nie czułem się jak podczas oglądania curlingu przeplecionego pokazem fajerwerków, to jeszcze czekało mnie kilka innych atrakcji. Przede wszystkim, mistrzostwom towarzyszyło Expo w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Światowi producenci prezentowali swoje akcesoria, a na niektórych stanowiskach można było sobie pograć.

Granie w targowych warunkach jest specyficzne. Trudno o wirtualny eskapizm w momencie, kiedy zewsząd atakują cię hałasy w każdej możliwej tonacji, wszystkie kolory tego świata i zniecierpliwieni ludzie. Na szczęście problem znika w obliczu gier korzystających z gogli VR. Pomimo że technologia wirtualnej rzeczywistości powszednieje, wciąż otacza ją aura niedostępności. Ludzie w goglach zdecydowanie zdominowali stoiska.

Wkrótce i ja miałem okazję je wypróbować. Nadzwyczaj cierpliwa pani z obsługi zainstalowała na mojej głowie futurystyczny hełm, który przeniósł mnie do miejsca akcji gry The Unspoken. Rzucałem we wrogów własnoręcznie upichconymi kulami ognia i broniłem się tarczą energetyczną, bawiąc się przy tym fantastycznie.

Poza tym miałem okazję przybić piątkę z branżowymi dziennikarzami, których podziwiam od lat, oraz gwiazdami YouTube`a czy poudawać, że wcale nie wgapiam się w dekolty cosplayerek. Słowem, jako ktoś niezainteresowany e-sportem spędziłem świetny czas. Stąd też mogę zaryzykować stwierdzenie, że każdy, bez względu na to, jakim jest graczem, na jednym z największych e-sportowych wydarzeń na świecie znajdzie coś dla siebie.

 

Autor tekstu: Dominik Łowicki
Autor fotografii: Radosław Rzepka

Artykuł pochodzi z magazynu „Suplement” (maj/czerwiec 2017). 

Post dodany: Sierpień 21, 2017

Tagi dla tego posta:

Dominik Łowicki   e-sport   gry komputerowe   IEM   kultura   reportaż   rozrywka   Suplement maj/czerwiec 2017  

Używając tej strony zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno