facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

Bezglutenowcy gorsi od wegan

Ładna, zgrabna blondynka, czerwone paznokcie, niebezpiecznie szelmowski uśmiech i jedno z tych spojrzeń, przy których zaczyna brakować ci słów. Poznaliśmy się na plaży, więc zgodnie ze znaną męską zasadą – dobrze widziałem, co biorę. I zgodnie z tą samą zasadą – w tej historii już nic nie mogło potoczyć się źle. A jednak…

Jedno, drugie spotkanie, choć może użyję tutaj słowa, które wyrzuciliśmy z naszego słownika – „randka”, bo strasznie denerwuje mnie to zostawianie sobie buforu bezpieczeństwa, kupowanie ubezpieczenia na własne uczucia, które jest zapisane w tym zwykłym „spotkaniu”. A więc, jedna, druga randka. Wszystko idzie w dobrym kierunku i to chyba najwyższy czas, żeby zaprosić ją do domu. No dobra! Ale co by tu ugotować? Oczywiście sam nie jestem w tym temacie bez winy, bo w tym czasie jem tylko kurczaka, brązowy ryż i brokuły, a popijam to wszystko odżywką białkową. No ale może to będzie akurat dobra okazja do eksperymentu? „No cześć. Zanim wpadniesz, musisz mi odpowiedzieć na jedno bardzo, ale to bardzo ważne pytanie – co lubisz jeść?”, na co ona nieśmiało: „Wiesz, jestem wega(…)”. „…” – Tutaj popadam w konsternację. Co mam teraz robić? Uciekać? Odwołać spotkanie? Jak to tak bez mięsa? „(…)le myślę, że dasz sobie radę… Halo? Patryk, jesteś tam?”.

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? No ale trudno, podoba mi się jak cholera, więc muszę spróbować. Szybki rekonesans lodówki, szafek kuchennych, spiżarni i dochodzę do wniosku, że może coś z tego będzie. Wpisuję #vegan na Instagramie i mam – tortille! Wracam do przetrząsania zapasów: placki – są, cukinia – jest, pomidory – są, hummus – jakimś cudem też jest, tak jakby wszechświat grał na moją korzyść! Wychodzę z tej konfrontacji obronną ręką, bogatszy o nowe doświadczenie i umiejętności kulinarne, choć widocznie niewystarczające, żebyśmy żyli razem długo i szczęśliwie.

Od tego momentu jestem święcie przekonany, że świat kulinariów nie ma już przede mną żadnych tajemnic. Cokolwiek stanęłoby na mojej drodze – zła się nie ulęknę. Mijają kolejne miesiące, poznaję kolejną dziewczynę. Cholera, znowu mi się podoba! Scenariusz się powtarza – jedna, druga randka, w końcu wypada zaprosić ją do siebie. Z uniesioną wysoko głową, zadartym nosem i stuprocentową pewnością siebie, zadaję ceremonialne pytanie: „Zrobię coś do jedzenia, na co miałabyś ochotę?”, na co ona odpowiada: „No wiesz, bo ja nie jem glu(…)”. „…” – I zdaję sobie sprawę, że ciąży nade mną jakaś klątwa… „(…)le myślę, że dasz sobie radę… Halo? Patryk, jesteś tam?”.

Nie będąc do końca przekonanym do tego, czy gluten tak naprawdę istnieje, czy jest tylko wymysłem lobby dietetycznego z Instagrama, które zarabia miliony dolarów na produktach gluten free, wyjmuję telefon i sprawdzam, czym jest i w czym znajduje się ten mistyczny składnik naszej codziennej diety, tak bezlitośnie rozprawiający się z życiem wielu bezbronnych wobec niego osób. Po krótkim rekonesansie lodówki, szafek kuchennych i spiżarki dochodzę do wniosku, że nie mam w domu nic wolnego od glutenu. Ba! Po krótkim czasie popadam w obsesję i gluten widzę już wszędzie. Mam wrażenie, że unosi się on nawet na powierzchni mojej porannej herbaty. Jedyny produkt w moim domu, co do którego mam pewność, że glutenu nie zawiera, to wafle ryżowe z rzucającym się w oczy czerwonym napisem „BEZ GLUTENU”. Raz ta, raz inna Lewandowska pokazuje zalety odstawienia glutenu ze swojej diety. Presja społeczna staje się tak duża, że mam ochotę zrobić coś na przekór i założyć markę reklamowaną ze sloganem „NA 100% ZAWIERA GLUTEN”. Takie wafle ryżowe od razu chętniej kupiłbym w sklepie, żeby utrzeć nosa wszystkim domorosłym dietetykom, których uniwersalną diagnozą na lepszą sylwetkę i poprawę zdrowia jest bycie gluten free.

Oczywiście, są osoby, których organizm rzeczywiście źle reaguje na gluten, ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że jest to zaledwie mały procent całej społeczności, która glutenu nie je tak po prostu, bo tak trzeba, jeśli dzisiaj chce się być fit.

Zastanawiacie się jeszcze jak tam randka? Okazało się, że na dodatek nie je też laktozy, ale nie dosłyszałem tego przez telefon, bo akurat rozlewało się po moim ciele obezwładniające poczucie beznadziei. Jakoś z tego wybrnąłem, jakoś, bo lepszego pomysłu gluten free w tamtej chwili nie miałem – serek wiejski (BEZ LAKTOZY), banan, gruszka, cynamon i pestki dyni. Choć na opakowaniu tych ostatnich było napisane, że „produkt może zawierać gluten”, po konsultacji z samą zainteresowaną doszliśmy do wniosku, że to jej nie zabije.

Moja babcia przy świątecznym stole powiedziała o dziewczynie mojego kuzyna: „mięsa nie je, to pewnie i w Boga nie wierzy!” – dopiero by się porobiło, gdybym jej powiedział, że moja nie je glutenu…

 

Tekst: Patryk Osadnik

Post dodany: Marzec 12, 2018

Tagi dla tego posta:

bezglutenowiec   gluten   kulinaria   Patryk Osadnik   posiłek   randka   vege   weganin   życie  

Używając tej strony zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno