facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

10 najfajniejszych albumów z 2016 roku według…

…Dominika Łowickiego

The Get Down (OST)                                                                                                                                                                     Serial Netfliksa był baśnią o kulturowej rewolucji. Mogłoby się wydawać, że opowiadając o początkach hip-hopu i soulu, będzie brzmiał archaicznie. A tu niespodzianka – posłuchajcie ścieżki dźwiękowej i zorientujecie się, jakie bogactwo oferuje. Z samą muzyką z The Get Down spędziłem już więcej czasu, niż z samym serialem. A widziałem go dwa razy.

Islands Apart                                                                                                                                                                                             Funeral Suits zawsze miałem za ślepą kurę, której raz przydarzyło się ziarno pod tytułem All those friendly people. Ich nowa płyta pokazuje, że ta ślepa kura nauczyła się latać konsternując okoliczną oranżerię. Na Islands Apart, każdy pojedynczy kawałek przebija największy hit Irlandczyków.

Marmur                                                                                                                                                                                                       Uwaga, będzie ohydny slogan – Taco Hemingwaya można kochać albo nienawidzić. Z tego drugiego, w ciągu tego roku niebezpiecznie zbliżyłem się do pierwszego ekstremum. Najpierw Taco wypuścił singiel Deszcz na Betonie, który stał się hitem tegorocznych wakacji. Potem wypuścił darmową epkę-niespodziankę i wreszcie, podobnie zresztą darmowy, Marmur.
Tak nazywa się hotel, do którego warszawski raper trafia celem ucieczki przed nagłym przypływem popularności. Przez całą płytę, towarzyszyłem mu w wypoczynku. Po turnusie miałem wrażenie, że to mój dobry znajomy. Ulubiony kawałek – Grubo-Chude Psy!

Ii                                                                                                                                                                                                                   Kwartet Lima odkryłem na Off Festivalu i to była miłość od pierwszego usłyszenia. Ii jest piękną podróżą, którą najmilej przebywa się z zamkniętymi oczami. Prędzej czy później, wasze umysły wyreżyserują surrealistyczne teledyski. Miękka elektronika maluje przede mną rozległe, górskie pejzaże, a piękny wokal sprawia, że nie czuję się w nich osamotniony. Najprzystępniejszym utworem na płycie jest przedostatnie Black Beach z genialnym przejściem tonalnym w środku.

Swiss Army Man (OST)                                                                                                                                                                 Kiedy w trailerze kontrowersyjnego filmu usłyszałem utwór Montage, byłem rozbawiony, oczarowany i nie mogłem przestać go słuchać i nucić. Oglądałem film z przeświadczeniem, że mi się spodoba i nie rozczarowałem się. Większość ścieżki dźwiękowej mojego ulubionego filmu minionego roku jest wymruczana przez Paula Dano i Daniela Radcliffa a capella. To może nie brzmieć zachęcająco, ale ja byłem tymi utworami oczarowany. To, jak pięknie splatają się z filmem to jedno, Najważniejsze, że wzruszają mnie nawet w oderwaniu od filmu, który ilustrują.

The Getaway                                                                                                                                                                                     Przy singlu Dark Necessities wszyscy piszczeli z zachwytu, piszczałem i ja. Bałem się całości pamiętając srogie rozczarowanie I’m with you, gdzie ciekawa była chyba tylko okładka. Zaraz po premierze kumpel obwieścił, że się zawiódł, toteż poszedłem spać w chmurnym nastroju. Nazajutrz wziąłem się za odsłuch i odetchnąłem z ulgą. Zrobili to i nagrali najlepszą płytę od czasu By the Way.
Paprykowi użyli tych samych sztuczek co zawsze – spokojnych refrenów z przesłodkimi chórkami (nowy gitarzysta w końcu się wyrobił!) przeplecionych funkowymi zwrotkami. Moje ulubione kawałki z całej płyty to stadionowe Goodbye Angels, smutne w dobry tego słowa znaczeniu The Longest Wave i Go Robot (staroszkolne RHCP z plumkającymi efektami z syntezatora? well!)

KMF                                                                                                                                                                           Kakkamaddafakka wypuściła swój najlepszy album. Słuchasz tego i czujesz się jak w domu, ale zdajesz sobie sprawę, że ktoś urządził w nim przemeblowanie. Plastikowy kwiatek z Ikei wyleciał na rzecz prawdziwego i pachnącego późną wiosną. Lekki, odprężający indie rock i świetne kompozycje, dużo bardziej złożone i różnorodne od poprzednich płyt, zwłaszcza drugiej, która po wypełnionym hitami debiucie trochę mnie rozczarowała. Cieszę się, że Norwegowie pokazali coś nowego nie tracąc swojej tożsamości i nie idąc w coś z innej parafii. Od początku do końca, kocham tę płytę. Ulubione utwory? Na pewno Fool, Young You, True, My God… Ale cała reszta też jest ekstra.

Ape in Pink Marble                                                                                                                                                                     Po przebojowym Mala, Devendra Banharh zaproponował coś bardziej kameralnego. Po pierwszym odsłuchu, nie byłem przekonany, czy to dobrze, ale po tysięcznym zdążyłem się przyzwyczaić.
Jedyne, czego potrzebuję do szczęścia, słuchając tej płyty, to wino i deska serów. I bez tego, mój umysł przenosi się do Ameryki Południowej albo jednego z krajów śródziemnomorskich w ciepły, sobotni wieczór, po trochu romantyczny i melancholijny.
Przeważnie minimalistyczne, tłumione kompozycje komplementują ciepłą barwę głosu Devendry, a moje wakacje trwają przez cały czas, niezależnie od ilości śniegu na parapecie.
Trudno mi wskazać piosenkę, która szczególnie wybijała się spośród reszty. Na pewno Fancy Man rozwesela mnie po lirycznych utworach. No i singiel, Saturday Night, jest niesamowity.

Życie po śmierci                                                                                                                                                                          Ostrego nazywają raperem, którego słuchają ludzie nie słuchający rapu na co dzień. Nie bardzo to rozumiem. Może ten stan rzeczy wynika stąd, że dostał parę Fryderyków i puszczają go w Trójce. A może dlatego, że Adam Ostrowski ma wykształcenie muzyczne i sam sobie robi bity, świetne zresztą. Nie wiem. Wiem tylko, że jego najnowsza płyta jest wybitna. Opowiada o chorobie rapera, jego rekonwalescencji i powrocie do dawnej rzeczywistości. Ostry przeżył mnóstwo w bardzo krótkim czasie – spojrzał na siebie z dystansu szpitalnej sali, dokonał wielu przewartościowań, otworzył się na nowe, ekstremalne doświadczenia, żeby potem powrócić z nową siłą, mądrzejszy i potężniejszy niż kiedykolwiek.
Na początku traktowałem tę płytę jako całość i poza promującym wydanie We Krwi nie umiałem traktować poszczególnych utworów samodzielnie. Teraz potrafię i cóż, trudno mi wyłonić faworytów. Prawie wszystkie wdzierają się do głowy i zostają w niej na zawsze.

Sonderlust                                                                                                                                                                                                 Mój tegoroczny faworyt mógł być tylko jeden. Kishi Bashi chyba zawarł jakiś pakt z diabłem. Jego muzyka mnie uzależnia. Za punkt honoru powziąłem sobie przekonanie znajomych do tego ekstraktu radości. Artysta ze Seattle staje się coraz lepszy z każdą kolejną płytą. Wszystkie utwory na Sonderlust są przystępne niczym pop z list przebojów i każdy z osobna mógłby spokojnie promować płytę jako singiel.
Przy tej całej swojej taneczności i energetyczności, z Sonderlust bije potężna kompetencja. Chciałbym żyć na świecie, w którym więcej osób usłyszało tę muzykę, ale fakt, że ja miałem szansę na nią natrafić, nobilituje mnie sam w sobie.

Autor tekstu: Dominik Łowicki

Post dodany: Styczeń 4, 2017

Tagi dla tego posta:

Dominik Łowicki   kultura   lifestyle   muzyka   podsumowanie2016  

Używając tej strony zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno